PORTUGALIA – DWIE POŁÓWKI SERCA

Nic nie mówi o danym kraju tak wiele, jak jego mieszkańcy. Urok Portugalii wynika właśnie z natury Portugalczyków, w których energia południowców, towarzyskość i naturalna wylewność mieszają się z czarującym dystansem, gościnnością i głęboko zakorzenioną melancholią. Podobnie jest z całą Portugalią, w której o palmę pierwszeństwa walczą dumne, pokryte patyną Porto, górujące nad złotą rzeką Duero, i rozbrzmiewająca dźwiękami fado, skrywająca się pomiędzy pagórkami, zwracającymi się w stronę srebrzystego Tagu Lizbona.

LISBON STORY
„Atmosfera Lizbony, dźwięki tego miasta-portu, melodia języka, zbliżonego bardziej do rosyjskiego niż jakiegokolwiek języka śródziemnomorskiego, sprawiły, że zapragnąłem skomponować film, w którym dźwięk przeważałby nad obrazem (…)” – tak zachwycał się stolicą Portugalii Wim Wenders, twórca słynnego „Lisbon story”. W istocie, w Lizbonę trzeba się wsłuchać, wpatrzeć, by zrozumieć, jak niesamowitych doznań może dostarczyć to miasto. Lizbona jest jedną z najmniejszych stolic europejskich. Położona pośród siedmiu wzgórz, odznacza się intymnością i przyjazną atmosferą w starym stylu. Z zabytkowych balkonów zwiesza się pranie, mauretańskie uliczki wiją się wśród ciemnych zaułków, a lizbończycy wypełniają tysiące kafejek i podniszczonych restauracji. Nocą melodie fado, melancholijnej muzyki tęsknoty, płyną z ukrytych w zaułkach knajpek, a w dzień starsze damy spacerują z pieskami. Klekoczące tramwaje i kolejki linowe w stylu retro potęgują nastrój minionej epoki, przypominający – jak twierdzą niektórzy – Paryż XIX wieku.

TRAMWAJ DO ALFAMY
Tramwajem nr 28 (Eléctrico 28), jednowagonowym, staroświeckim i żółtym ruszam na przejażdżkę – obowiązkową dla każdego odwiedzającego. Trzęsąca się konstrukcja przewozi mnie przez wzgórza i wspina się stromymi, wąskimi uliczkami, pośród barwnych pasaży dzielnic. Podążam w pobliże zamku św. Jerzego (São Jorge), zbudowanego przez Maurów w XII wieku. Na przestrzeni wieków był on twierdzą obronną, potem królewską rezydencją, a na koniec – więzieniem. Właśnie w Castelo de São Jorge, w 1499 roku, król Manuel I powitał triumfalnie wracającego z Indii Vasco da Gamę. Obecnie zamek służy jako jeden z miejscowych miradouros (taras widokowy), skąd można podziwiać niesamowitą panoramę miasta. U stóp zamku rozciąga się Alfama, najstarsza dzielnica Lizbony. Łatwo się w niej zgubić, bo większość stromych uliczek wygląda podobnie. Rozwieszone nad głowami pranie tworzy niepowtarzalny lizboński klimat. To jedyna dzielnica, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi, które zrujnowało większą część miasta w 1755 roku, sprawia to, że znacznie różni się od reszty miasta.

FADO, FADO, FADO…
Alfama odzwierciedla przyjemnie senną naturę Lizbony, a podczas beztroskiej włóczęgi pod rozwieszonym między oknami praniem, wśród łuszczących się fasad budynków i balkonów uginających się pod donicami z geranium, niewątpliwie dobiegną nas tęskne dźwięki fado. To muzyka -symbol Portugalii, płynąca prosto z duszy. Wyraża żal, smutek, tęsknotę i samotność. Mistrz fado, to ten, kto te uczucia zdoła wzbudzić u słuchaczy. Nie wiadomo dokładnie skąd wzięło się fado. Teorii jest kilka. Jedna głosi, że trafiło na przedmieścia Lizbony wraz z niewolnikami, inna, że z imigrantami z Brazylii, którzy w favelach, dzielnicach biedy, śpiewali o swoim nędznym losie, mieszając elementy kultur portugalskiej z afrykańską. Jeszcze inna dowodzi, iż jest to muzyka, która pozostała po Maurach, zamieszkujących w średniowieczu Półwysep Iberyjski. Jednak one wszystkie zawierają informację o afrykańskich korzeniach fado. Jest jeszcze wersja, iż fado jako pierwsi śpiewali portugalscy rybacy na spienionym morzu, wyrażając w ten sposób tęsknotę za domem. Jedno jest pewne, fado zyskało sobie popularność w XIX wieku, a obecnie jego wykonawcy, stają się międzynarodowymi gwiazdami. Rozsławiła je Amalia Rodrigues, po śmierci której minister Portugalii zarządził trzydniową żałobę narodową. Dzisiejszą popularność fado zawdzięcza wspomnianemu filmowi „Lisbon story” Wima Wendersa i ścieżce dźwiękowej w wykonaniu zespołu „Madredeus”, a także słynnej portugalskiej wokalistce o pięknym głosie – Marizie.

NIEPRZYPADKOWE GWIAZDKI MICHELIN
Wieczorem, podobnie jak mieszkańcy Lizbony, udaję się do eklektycznej, wielokulturowej dzielnicy Bairro Alto, gdzie liczne bary i tawerny zachęcają do całonocnych eskapad. W pobliskiej dzielnicy Chiado roi się od sklepów, kawiarni, świetnych restauracji. Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała się na krótki kulinarny spacer i nie zajrzała do „Cantinho”, czyli najlepszej kuchni w mieście. Restauracja, zarówno w potrawach jak i wystroju, łączy tradycję i nowoczesność. Właściciel i szef kuchni José Avillez należy do absolutnej czołówki kulinarnych talentów kraju, jest laureatem dwóch gwiazdek Michelin i właścicielem kilku najlepszych restauracji w mieście. Reklamuje swoje restauracje twierdząc, że w jego kuchni nic nie jest dziełem przypadku i wszystkie zmysły zostają tutaj zaspokojone. Dowodem tego może być truskawkowe gazpacho – kulinarna etiuda dla podniebienia…

NOSTALGICZNY REJS
Lizbona to również Tag, szeroki niczym morska zatoka, z przerzuconymi ponad nim dwoma dumnymi mostami. Rezygnuję z szybkiej przeprawy przez most na drugi brzeg na rzecz romantycznego rejsu po Tagu. Kiedy zachód słońca, kładący się pomarańczowym blaskiem na białych fasadach i czerwonych dachach budynków, tworzy baśniowy krajobraz, a w uszach rozbrzmiewa fado, sączące się z pokłado-
wego głośnika, Lizbona kolejny raz zapada mi w pamięć. Wsłuchuję się w ostatni dumny akord melodii miasta. Z kieliszkiem porto w dłoni wędruję myślami do drugiej połówki serca Portugalii.

NAJPIĘKNIEJSZE … MOSTY
Porto jest dzieckiem rzeki i morza, spotykających się u ujścia w sposób magiczny i niewytłumaczalny. Jedyna w swoim rodzaju symbioza rzeki Duero z grzywiastymi falami szalejącego oceanu wywiera piętno na klimat i charakter mieszkańców miasta. Przeglądają się oni z okien starych domów uroczej Ribeiry, która schodzi stromo w dół ku rzece, niczym w lustrze i z szelmowskim uśmiechem mówią: „To wielkie szczęście, że mieszkamy właśnie tu, w jednym z najpiękniejszych miast Europy”. W ostatnich latach Porto wygrywało w rankingach na najciekawszą weekendową destynację Europy. Zwiedzanie metropolii zdecydowanie warto rozpocząć od rejsu statkiem po rzece Duero. Sześć mostów przerzuconych pomiędzy górnymi partiami miasta służy jego dzielnicom, a każdy z nich spełnia swoistą i niezastąpioną rolę. Najbardziej charakterystyczny jest bez wątpienia Ponte Dom Luís I, wybudowany we współpracy z Gustavem Eifflem. Portugalska „żelazna dama” spina na dwóch kondygnacjach dzielnice położone po przeciwnych stronach rzeki, a jej lekka konstrukcja przywodzi na myśl wieżę Eiffla. Kolejnym dziełem słynnego Francuza jest most kolejowy Maria Pia, miękkim, eleganckim łukiem opasujący rzekę w jej górnym biegu.

SEZAM ŚW. FRANCISZKA
Mijając Cais da Ribeira, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na wąskie fasady położonych nad rzeką budynków, przecięte sznurami z rozwieszonym praniem. Dalej stopniowo wyłania się stare Porto z plątaniną uroczych, spokojnych uliczek. Rozpoczynam wspinaczkę jedną z nich, by trafić do bajkowego złotego kościoła św. Franciszka. Sanktuarium kościelne, niczym sezam pełne jest nieskończonych bogactw i złoceń, stanowi dowód utrwalonego w najdrobniejszych szczegółach artyzmu. Kościół zbudowany przez franciszkanów w 1233 r. to wspaniały dowód precyzji i wytrwałości.

BŁĘKITNY DWORZEC
Gubiąc się w wąskich uliczkach Ribeiry, wspinam się do górnej części miasta. Po drodze odwiedzam dworzec São Bento, gdzie w wysokiej sali słychać stłumione okrzyki zachwyconych pasażerów i turystów. Podekscytowani przyglądają się biało-niebieskim ceramicznym kaflom azulejos, które na powierzchni ponad 500 m2 przekazują historyczną opowieść o Portugalii. Prawie dwadzieścia tys. elementów upamiętnia ducha bohaterów przeszłości, dodając jednocześnie energii żyjącym w pośpiechu współczesnym mieszkańcom.

PORTUGALSKI „HOGWART”

Z dworca już bardzo blisko do szczególnego miejsca, które stało się inspiracją historii najpopularniejszego dziś czarodzieja na świecie. To nie diabeł – jak wspominali niektórzy – natchnął J.K. Rowling do napisania siedmiu części „Harry’ego Pottera”, ale pewne miejsce w… Porto. Osierocony czarodziej, walczący z okrutnym Lordem Voldemortem, skradł serca dzieciom i dorosłym miłośnikom fantastyki na całym świecie. Być może jednak nigdy by się nie narodził, gdyby nie portugalski epizodw życiu autorki, która będąc żoną portugalskiego dziennikarza, uczyła tu, w Porto, języka angielskiego. Mieszkała w pobliżu miejscowego uniwersytetu, dużo czasu spędzając w pobliskiej księgarni, która stała się pierwowzorem magicznej szkoły czarodziejów, a czarne peleryny i garnitury miejscowych studentów, obowiązkowe w czasie egzaminów, posłużyły za wzór powieściowych kostiumów. Księgarnia „Lello & Irmão” jest drugą najstarszą księgarnią (po lizbońskiej „Bertrand”) w Portugalii. Powstała w 1881 roku jako „Sociedade Jose Pinto Sousa Lello & Irmão”, jednak obecnych kształtów nabrała dopiero w 1906 roku. Fasada budynku utrzymana jest w stylu secesji, jednak najciekawsze jest jego wnętrze – z wzorzystymi tynkami imitującymi drewno, sufitowymi witrażami, wspaniałymi schodami – sprawiające że bez problemu można przenieść się w świat magii, gdzie mówiące obrazy i pocztowe sowy nie są niczym nadzwyczajnym.

COŚ DLA CIAŁA…
Po tak wyczerpującym spacerze znajduję wytchnienie w tawernie nad Tagiem, moim odkryciu gastronomicznym, gdzie obok flaczków – regionalnego dania – pochłaniam wspaniałą cataplanę, czyli danie złożone z kilku gatunków ryb i owoców morza. Na koniec pyszna kawa, w której paleniu i parze-
niu Portugalczycy są mistrzami, a do kawy oczywiście pyszne ciasteczko. Tu każde miasto czy miasteczko ma swoją słodką specjalność. Bezkonkurencyjne na mojej liście pozostają słynne pasteis de Belém, czyli babeczki z francuskiego ciasta wypełnione delikatnym, budyniowym kremem i oprószone mgiełką cynamonu.

WINO PORTO
Na koniec udaję się do Vila Nova de Gaia, gdzie leżakuje wino, które otrzymało swoją nazwę. w spadku po portowym mieście Tylko, paradoksalnie, prawdziwe porto powstaje zupełnie gdzie indziej. Najlepsze gatunki pochodzą ze stromych, tarasowych winnic w głębi lądu, położonych wzdłuż rzeki Duero. Transportuje się je do dziś w dół rzeki łodziami zwanymi barcos rabelos. W XVII i XVIII w., w rejonie górskim Duero, wytwarzano przede wszystkim czerwone wina stołowe. W 1829 r. mikroklimat Porto uległ zmianie. Zrobiło się ciepło, dzięki czemu otrzymywano niezwykle słodkie grona, z których wina zdobyły sobie szczególne uznanie wśród Brytyjczyków. Aby zatrzymać proces fermentacji i związać cukry zawarte w trunku, wytwórcy wina zaczęli dodawać aguardente, czyli wódki., i tak zostało. Ostatecznie, leżakując latami, porto nabiera cudownego aromatu, kusząc przybyłych niespotykanym bukietem.

Z kieliszkiem w dłoni spoglądam na tarasowo położoną kolorową Ribeirę. Czas upływa, a życie się zmienia, wszędzie… tylko nie tutaj, dwie połówki serca Portugalii są od wieków zawsze tak samo… nierozłączne.

Tekst: Grażyna Woźniczka-Bogucka

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami