MEKSYK PÓŁNOCNY – DZIEWICZY ZAKĄTEK

– Corre, corre – wołał malec, siedzący na kamieniu przy wąskiej górskiej ścieżce. W ten sposób dopingował starszego kolegę, który w plecionych z rzemienia sandałach pokonywał kolejne kilometry podczas najważniejszego święta ludu Tarahumara (in. Rarámuri, czyli biegaczy), dorocznych biegach Ariweta, gdzie dystans często wynosi około 100 kilometrów.

OLIMPIJCZYCY TARAHUMARA
Wiele na świecie jest ludów, które znane są z niesamowitych wyników zdobywanych w biegach, np. Etiopczycy czy Kenijczycy, ale Tarahumara z północnego Meksyku pokonują setki kilometrów i są ewidentnymi długodystansowcami. Meksykanie dwukrotnie wystawiali w reprezentacji kraju w maratonie zawodników ludu Tarahumara – raz na Olimpiazie w Amsterdamie w 1928 roku i 40 lat później, w Meksyku. W obydwu przypadkach Tarahumara nie zdobyli medali, gdyż ponoć nikt im nie powiedział, że dystans maratonu jest „tak krótki”, a oni oszczędzali siły na znacznie dłuższą trasę. Do tego chciano, aby zamiast biegać w robionych przez siebie sandałach z rzemienia, biegali w obuwiu sportowym, jakie było im obce. Tarahumara przez wieki zachowali swoją tożsamość, gdyż zawsze byli w opozycji do jakiejkolwiek narzucanej im władzy, by nie pracować w kopalniach miedzi, uciekali wysoko w góry, chroniąc się w jaskiniach. Do dzisiaj można spotkać przedstawicieli ludu Tarahumara mieszających w jaskiniach, jak ich przodkowie. Idziemy do jednej z takich zamie-szkanych jaskiń, odwiedzamy Señorę Juanę. Gospodyni chętnie pokazuje nam swój skromny dom i opowiada o właściwościach ziół, jakie suszy u powały.

MIEDZIANY KANION JAZDA BEZ TRZYMANKI
Po południu docieramy do Kanionu Miedzianego. Niemal każdy słyszał o Grand Canyon w USA, ale mało kto wie, że długi na 50 km Cañón del Cobre, czyli Miedziany, pocięty kilkudziesięcioma innymi kanionami, o głębokości 1400 m., jest w rzeczywistości głębszy i większy aniżeli jego słynny amerykański kuzyn Grand Canyon.
Mieszkamy we wspaniałym panoramicznym hotelu z widokiem na Kanion Miedziany. Hotel zawieszony jest na brzegu skalnej półki. O zachodzie słońca rozświetla się na pomarańczowo, efekt potęgują bogate rudy miedzi. Na hotelowym tarasie, od czasu do czasu, ciszę przecinają tylko przelatujące koliberki.
Rano zamierzamy oglądać kanion z lotu ptaka, i to dosłownie, gdyż ponad nim zawieszona jest trasa linowa tyrolki, jedna najdłuższych na świecie. Liczy sobie ponad 5 km długości, ma 7 odcinków, a najdłuższy z nich poko-nuje się z prędkością ok. 100 km/h na otwartej przestrzeni, na wysokości niemal 400 m! Przypinam się, sprawdzam karabińczyki, po-prawiam rękawice, służące jako hamulec i… fruuu, nabieram prędkości. Z jednej strony mam ochotę na szaleńczą jazdę bez trzymanki, a z drugiej jednak lekko hamuję, aby jak najdłużej cieszyć się tym wyjątkowym stanem. Nie ogranicza mnie nic poza liną, czuję na policzkach chłód powietrza, łapię krótki oddech i rozglądam się wokół. Podziwiam lecące poniżej ptaki, i to nie z motolotni czy samolotu! Uczucie jest naprawdę wyjątkowe i już w tym momencie mam ochotę je powtórzyć.

EL CHEPE – NIEZWYKŁY POCIĄG
Po południu wsiadam do le-gendarnego pociągu „El Chepe”. Paradoksalnie, gigantyczny Mek-syk ma tylko dwie pasażerskie linie kolejowe, ale za to jedna nich należy do 10 najpiękniejszych tras świata. To właśnie linia pociągu „El Chepe”. Legendarny „El Chepe”, na trasie o długości 661 km, przejeżdża 87 tunelami, pokonuje 35 mostów, wspinając się powyżej 2400 m n.p.m. Panoramiczne okna, lotnicze siedzenia w wagonie pierwszej klasy i okna otwarte dla fotografujących pozwalają na delektowanie się podróżą w każdym calu.

PUEBLO MAGICO
O zmierzchu docieramy do El Fuerte, kolonialnego miasteczka, uznanego za jedno z „Pueblos magicos”, czyli magicznych miejscowości Meksyku. El Fuerte, skąd ponoć pochodził Alejandro de la Vega, legendarny Zorro, ma wiele kolonialnych budynków. Zatrzymujemy się w jednym z butikowych hoteli, posadowionych w kolonialnej hacjendzie.

MENNONICI Z CHIHUAHUA
Osobliwością regionu Chihuahua są także mennonici, przybyli do północnego Meksyku w latach 20. XX wieku. Do dzisiaj tworzą niemal hermetyczną enklawę. Ich domy i miejscowości wyglądają jak żywcem przeniesione z rodzinnych Niderlandów. To właśnie oni zapoczątkowali tutaj uprawę jabłek i produkcję serów na szeroką skalę. W ich menu można znaleźć dziesiątki przystawek, zup i dań, przetworów i deserów na bazie jabłek. Osobliwie wyglądają niebieskoocy Meksykanie z lnianymi czuprynami, w dodatku w strojach sprzed 100 lat. Odnosimy wraże-nie, jakbyśmy poruszali się po planie filmowym.

Meksyk Północny jest zupełnie odmienny od reszty kraju, jeszcze nieodkryty przez masową turystykę. Wcale nie trzeba udawać się na Jukatan, aby odpocząć na plaży czy w hotelu all inclusive. Można to zrobić w południowej Kalifornii, krainie słynącej ze świetnych win i owoców morza. Zdecydowanie warto tu dotrzeć, zanim masowa turystyka odkryje ten niemal dziewiczy skrawek Meksyku.

Tekst: Majka Szura

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami