KANADA

Od początku podróży do Kanady towarzyszyła nam dobra aura. Lot był bezpośredni, nie męczący, przebiegał spokojnie, a krajobrazy oglądane przez okno samolotu – urzekające. Do pełni szczęścia trwała właśnie „biała noc” a przelatywaliśmy nad Grenlandią. Przez okienko wpadało jaskrawobiałe światło, jakby ktoś zaświecił kilkadziesiąt halogenów równocześnie. Białe światło powietrza, przetykane mlecznobiałymi chmurami, a pomiędzy nimi, w dole – widoczna jaskrawobiała pokrywa lodowa Grenlandii. I każda biel inna. Każda oślepiająca. Do tego na błękitnych, chłodnych wodach basenu Labradorskiego dryfowały leniwie wielkie lodowe bryły. Widok niesamowity.

Po wylądowaniu w słonecznym Toronto przejechaliśmy do hotelu w centrum. Po prawej stronie wody Jeziora Ontario. Tu wszystko ma inny wymiar, np. prowincja Ontario o powierzchni ponad 1 mln km kw., zamieszkaną przez ponad 13 mln ludzi! Statystycznie w całej Kanadzie przypada średnio 3 osoby na 1 km kw. Można znaleźć bez problemu kawałek świata tylko dla siebie! Ontario to prowincja skupiająca niemal wszystkie atrakcje wschodniej Kanady:
– tutaj stoi CN Tower, najwyższa wolnostojąca budowla na świecie – 553 m wys., z obrotową restauracją (serwują pyszne dania, a o zachodzie słońca widoki są bajkowe)
– w Ontario są słynne wodospady Niagary, stolica kraju – Ottawa oferuje wspaniałe winiarnie
– tu swego czasu żyło najwaleczniejsze plemię Irokezów, stąd też wywodziła się Pocahontas, a Stanisław Szyszko był współwłaścicielem gigantycznej kopalni złota. Wiele „naj” możnaby tu jeszcze dodać. Zwiedzamy więc wszystkie atrakcyjne miejsca, a następnego dnia ruszamy do „serca Kanady” – do jednego z parków narodowych, gdzie będziemy pływać kajakami, poszukując łosi i bobrów ( i oby nie niedźwiedzi).

Nasza leśniczówka jest położona nad brzegiem jednego z setek jezior, połączonych wąskimi kanałami, które tworzą szlaki wodne o długości 1500 km. Otoczyła nas….. cisza, tak przejmująca, że trudno byłosię przyzwyczaić. Wraz ze zmierzchem rozpoczęły się pomruki, szelesty, świsty, kumkania oraz dźwięki przypominające wystrzały armatnie. Okazało się, że to bull–frog, gigantyczna, ważąca około kilograma żaba tak „strzela”. Śpimy wyśmienicie.

Następnego dnia organizujemy zawody wędkarskie. Chłopcy, wytrawni wędkarze, łapią kilka pokaźnych ryb, a kucharze przygotują z nich potem posiłek.

Na kolację płyniemy (a jakże, kajakami!) na wyborny piknik. Patrząc na młodych, przygotowujących ognisko traperów (umiejących lrzesać ogień bez zapałek!), przypominam sobie fragmenty z książki „Kanada pachnąca żywicą” Arkadego Fiedlera.

Zajadamy się duszonymi warzywami, macerowana wieprzowiną i kęskami kurczaka. Na deser – banan z czekoladą i piankowymi chrupkami – każdy sam przygotowuje swój deser i pilnuje go na grillu – co powoduje wiele radości i świetną zabawę.

Po kolacji wsiadamy do kajaków i odpływamy do naszej leśniczówki. Płyniemy w milczeniu, rozkoszując się ciszą. Zachodzace słońce maluje krajobraz kolorami starego złota… Nagle przed kajakiem wyłania się kudłaty trójkąt i płynie obok, bacznie nas obserwując. Podpływa bliżej i zamaszyście uderza swoim szerokim i płaskim ogonem o lustro wody.
– Stara się nas odstraszyć, widać nieopodal są jego małe – mówi Kayle, nasz przewodnik.

Za chwilę kolejny bóbr powtarza „prysznic”. Odpływamy, aby nie stresować bobrów. Zapada ciemnopomarańczowy wieczór. Wspaniałą, relaksującą ciszę przerywają sporadycznie „wystrzały” gigantycznej żaby.

Następnego dnia przed wschodem słońca wsiadamy na pakę Forda, wioząc na przyczepie kajaki. Docieramy nad inne jezioro, do miejsca, gdzie będziemy polować z aparatem na łosie. Poranne słońce przeciska się przez mgłę, zawieszoną nad taflą wody. To magiczny widok. Płyniemy osnuci tą poranną mgłą, przyglądając się ptakom. Pogoda nam dopisała, mamy 26 st. C i do tego ok. 80% wilgotności. Spacerując po kanadyjskich lasach, czułam się niemal identycznie jak w amazońskiej dżungli.

Potem musimy przecisnąć się przez ucho igielne – wąski otwór pod leśną drogą…… patrzę i nie mogę uwierzyć, przecież my się tam z tym kajakiem nie zmieścimy!!! Nie mogę wyskoczyć z kajaka (mam aparat) więc… wpływamy.

Nagrodą jest widok kolejnego, fantastycznego jeziora i pyszne śniadanie. Dopływamy do urokliwego miejsca, gdzie nasi kanadyjscy traperzy przygotowują pyszne śniadanie. Jako stół służy… kajak!

Potem, przecisnąwszy się ponownie przez wąski otwór, wracamy do naszego Forda, pakujemy kajaki i odjeżdżamy do leśniczówki. Jest czas na pływanie w jeziorze, wędkowanie czy saunę. Dookoła tylko wspaniała natura.

Spędzamy tu kilka relaksujących dni, po czym wypoczeci wracamy do cywilizacji, choć jeszcze nie rozstajemy się z naturą. Oto przed nami piękna, nieposkromiona Niagara. To zdumiewające, jak jest potężna. Wody Niagary spadają z wysokości 57 metrów, tworząc gigantyczną chmurę drobnych kropel, przelewając ponad 1800 m sześć. na sekundę. Piękno Niagary odkrywamy z lotu helikoptera, z łodzi „Maid of The Mist”, z tarasów widokowych oraz od tyłu, stojąc za potężnym, huczącym płaszczem wodnym.

Na koniec dnia patrzymy na Niagarę skąpaną w promieniach zachodzącego słońca, delektując się kolację na wieży Skylon Tower (znowu restauracja obrotowa, jak w Toronto).

Szkoda będzie opuszczać tej kraj, magia Kanady, jej dzikiej natury nas urzekła. Koniecznie trzeba tu wrócić!

Tekst i zdjęcia: Majka Szura

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami