JAIPUR – RÓŻOWY WSCHÓD SŁOŃCA

Jaipur o świcie przywodzi na myśl baśnie z 1001 nocy. W niemal różowym powietrzu przyodziane w strojne sari kobiety wjeżdżają majestatycznie na grzbietach słoni, niczym dawne maharani, do położonego na wzgórzu Fortu Amber. W pałacowych wnętrzach przewodnik snuje barwne opowieści. Współczesność staje się coraz mniej realna, a wyjątkowa podróż do serca Orientu odbywa się… poza czasem.

indie dla kobiet 9

Niemal natychmiast po przyjeździe do Delhi robię to, co wiekszość kobiet. Jadę na zakupy. Aby wyglądać właściwie, muszę kupić sari. Sklep na kilka pięter, są tutaj setki sari, posegregowane według gatunku materiału, wzorów, kolorów, przeznaczenia… Każdy kupon ma okolo 5,5 metra i najbardziej fascynujące jest dla mnie to, że pośród tysięcy tkanin nie znajdziemy w sklepie dwóch identycznych! Przypominają kolorowe kreski, starannie ułożone na pólkach. Jedne gładkie, inne wzorzyste, desenie, niektóre z ornamentem batikowym, haftowane błyszczącymi nićmi i kamieniami, to wersja wieczorowa lub weselna, jeszcze inne tłoczone… Możemy znaleźć ten sam deseń na sari, ale inny będzie odcień materiału, nie ma więc obawy, że dwie kobiety na jednym przyjęciu, nawet na weselu, na którym jest kilka tysięcy gości, będą nosić takie same suknie.

Przyglądam się klientkom, kobietom pochylonym nad tkaninami, studiującym wnikliwie ich fakturę. Za ladą stoi mężczyzna, który spokojnie coś tłumaczy, rozwijając je przed kupującymi kolejne sari. Rozglądam się po sklepie. Tu naprawdę za ladą są sami mężczyźni! Ani jednej sprzedawczyni. Takiej przyjaznej „pani Krysi”, która podpowie, co i jak się nosi, który materiał się nie marszczy, nie kurczy w praniu, czy nie wyciąga. U nas „Pani Krysia”, a tutaj doradzają mężczyźni, mając po drugiej stronie „barykady”, przepraszam, lady, przychodzące po zakupy całymi klanami KOBIETY. Oczywiście w Indiach mężczyzna zwyczajowo ma władzę (czytaj: pieniądze), ale w takim razie… gdzież są teraz mężczyźni? Znajduję ich przy barze, w specjalnym miejscu, bez którego sklep z sari chyba nie mógłby istnieć. Siedzą na wygodnych fotelach w oczekiwaniu na żony, matki czy siostry.

Efektem moich zakupów są „kilometry sari”. Cóż, jeżeli 5,5 metra jedwabiu kosztuje 20 dolarów, grzechem byłoby nie kupić. Jeszcze w sklepie uczę się drapowania sari i założywszy krótką koszulkę choli, mając czoło naznaczone bindi, wychodzę na pierwszą, tradycyjną indyjską kolację.

W Japurze, stolicy Radżastanu, jednym z najbardziej kolorowych miast świata, centrum rękodzieła, wykwintnej biżuterii i ręcznie tkanych dywanów, mam dużo czasu, aby wędrując między straganami podziwiać wyroby oferowane przez lokalnych artystów.

W maleńkiej pracowni obuwniczej na podłodze siedzi około 100-letni szewc. Uśmiecha się niemal bezzębnym uśmiechem, jakby wyrażając uznanie dla mojego sari. Na wąziutkich półeczkach stoją dziesiątki, a może nawet setki kolorowych, haftowanych pantofli. Zadziwia mnie precyzja, z jaką zostały wykonane. Misterny wzór na lewym bucie jest wręcz matematycznie zgodny z tym na prawym…. Kiedy pytam o buciki dla siebie, staruszek otula swoimi chudymi dłońmi moją stopę, po czym przenosi dłonie splecone w koszyczek na warsztat, dopasowuje „wymiar” i za kilka chwil podaje mi idealną parę butów. Jedne z najwygodniejszych, jakie nosilam w życiu, kosztują zaledwie kilkanaście dolarów. Obiecuję odwiedzić miłego szewca przy najbliższej okazji.

Spacer po targu w Jaipurze jest jednym z najbardziej przyjemnych zajęć dla kobiety. Feeria intensywnych barw zwiewnych sari, aromaty przypraw i perfum, kolorowe kwiaty kupowane do zdobienia świątyń, jak azjatycka bazylia, jaśmin, niebieski lotos, sandałowiec, paczuli, chińska róża, wypełniają niemal cały krajobraz. Nad Różowym Miastem powoli zachodzi słońce. W powietrzu snuje się obietnica baśniowego wieczoru. Cokolwiek powiedziano o tym kraju, jedno jest niezaprzeczalne: od Indii może zakręcić się w głowie…

Tekst i zdjęcie: Majka Szura

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami