INDIE

Najwspanialsze widowisko przyrody, gdy kończy się noc a zaczyna nowy dzień. Na subkontynencie indyjskim jest kilka wyjątkowych miejsc, gdzie ten cud natury zamienia się w chwile, które pozostają w pamięci na długo.

Waranasi – Kaśi, Benares, Miasto Światła, cel pielgrzymek milionów hindusów, którzy niezależnie od statusu społecznego, przynajmniej raz w życiu przybywają do tego miejsca. To tu święta rzeka Ganga zawraca w stronę swych źródeł, tworząc ogromny meander. Waranasi to kwintesencja Indii. Miejsce, w którym każdy hindus chciałby umrzeć, bo śmierć nad Gangą oznacza wyzwolenie się z koła kolejnych narodzin, a tym samym osiągnięcie nirwany.

Wstajemy na długo przed świtem, sen nie chce opuścić ciężkich jeszcze powiek. Za oknem panuje noc. Jeszcze łyk kawy przed wyjściem, ciepła bluza, aparat i wychodzę z pokoju. W hotelowym lobby zbiera się cała grupa, autokar już czeka, miejscowi nie są zdziwieni tym wczesnym wyjściem. Krótki przejazd i wysiadamy wprost w mrocznym jeszcze centrum. Sklepy i stoiska pozamykane, ale miasto szybko budzi się do życia. Mijamy sprzedawcę herbaty, wokół którego już zebrała się grupka mężczyzn pijących ciepły, ożywczy napój z małych kubeczków (kawa w tej części kraju nie jest popularna). Obok mężczyzna sprzedający patyczki z drzewa neem, które posłużą do porannej toalety uzębienia. Kobieta, przed którą piętrzą się słupki jednorupiówek, poustawiane po dziesięć. Zamieniam w biegu kilkadziesiąt rupii na drobne, przydadzą się za chwilę. Obok sprzedawcy pojemników na wodę prezentują swoje towary.

Gęstniejący strumień ludzi przesuwa się w kierunku Gangi. Już widać stopnie prowadzące do rzeki, noc powoli zaczyna ustępować porankowi. Na kamiennych schodach przycupnęły skulone z zimna, zgarbione postacie. Ludzie zawinięci w koce lub opatuleni metrami bawełny. W różnym wieku, ale przeważają ludzie starzy i schorowani. Przed każdym metalowa miska lub wiadereczko. Czekają na pielgrzymów, turystów, każdego, kto będzie chciał zebrać odrobinę dobrej karmy, wrzuci monetę lub dwie. Oni zyskają szansę na kolejny dzień z ciepłym posiłkiem. Może wystarczy na herbatę masala, a może na jakieś inne drobne potrzeby. My, każdą rupią wrzuconą do miseczki, dokładamy dobry uczynek do listy spraw, jakie zrobiliśmy w tym wcieleniu. Korzyści mają obie strony. Monety wrzucane do misek uruchamiają poranną kakofonię dźwięków. Kiedy docieramy nad brzeg, jest już prawie jasno, sprawnie przesiadamy się na wysłużone łodzie. Wioślarz siada na końcu łodzi gotowy do pracy, którą jego rodzina wykonuje od pokoleń. Jeszcze tylko dziewczynka z koszyczkiem miniaturowych świeczek ozdobionych maleńkimi kwiatkami, sprawnie przeskakuje z łodzi na łódź, chcąc sprzedać jak najwięcej towaru. Kupujemy i nareszcie ruszamy.

Odbijamy od brzegu, słońca jeszcze nie widać. Jesteśmy w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Łódź płynie wzdłuż brzegów, które zapełniają się pielgrzymami przybyłymi tu z całych Indii. Schodzą po ghatach, ciągnących się kilometrami w kierunku rzeki. Skąd przybyli, można łatwo wywnioskować po miejscach, w których się znajdują, wszak każdy region kraju ma swoje stopnie prowadzące do wody. Tło stanowią liczne świątynie i pałace maharadżów, budowane w sąsiedztwie rzeki.

Pod parasolami siedzą już kapłani, czekający na tych, którzy skończą poranną kąpiel w rzece, wspólnie pomodlą się z pielgrzymami w najróżniejszych intencjach. Gdzieniegdzie widać joginów, rozpoczynających poranne ćwiczenia. Nad rzeką zebrali się też pracze. Obok nich stosy ubrań i pościeli, jedna sztuka za drugą zwijają w rulony i uderzają w kamienie przygotowane do tego celu, oni też dziedziczą swoją pracę z pokolenia na pokolenie, jak większość ludzi w tym kraju.

Czas oderwać wzrok od osobliwego prania, suszenia, joginów, kapłanów i wrócić do pielgrzymów, właśnie czerwona tarcza słoneczna zaczyna wznosić się do góry. Początek nowego dnia. Pielgrzymi powoli wchodzą do wody, mężczyźni w samej bieliźnie, kobiety ubrane w barwne sari. Patrzą z niesamowitą wiarą w stronę słonecznej tarczy. Trzy razy zanurzają się w wodzie rzeki, modlitwom nie ma końca. Hindusi wierzą, że rzeka zmywa złą karmę także z poprzednich wcieleń.

Na maleńkiej łodzi obok nas młody mężczyzna z ogoloną głową i pasmem dłuższych włosów, pozostawionych z tyłu głowy, w biodrach przepasany białym bawełnianym materiałem, trzyma niewielki pojemniczek. Przechyla go, z pojemnika wysypuje się wprost do rzeki proch. Żegna się z kimś najbliższym, kto w trakcie swojego życia prawdopodobnie nie odbył pielgrzymki do tego miejsca. To kolejny obyczaj i moralny obowiązek rodziny po śmierci najbliższych, oddać prochy świętej rzece.

Zamyśleni nad sobą zapalamy maleńkie lampki, kupione od dziewczynki, delikatnie układamy je na wodzie, niech płyną, a z nimi nasze smutki i problemy, może z niektórymi z nich płyną życzenia, nadzieje. Nasza łódź powoli dopływa do jednego z wyjątkowych miejsc nad Gangą, Manikarnika Ghat, najważniejszego w Indiach miejsca kremacji, jedynego, gdzie płomień nie gaśnie nigdy. Hindusi wierzą, że ten ogień zapalił sam Śiwa, najpotężniejszy z tutejszych bogów. Jest to jedyne miejsce w kraju, gdzie kremacje wykonuje się przez całą dobę, tylko pomiędzy wschodem a zachodem słońca. Codziennie w tym miejscu ogień pochłania setki ciał, a prochy trafi ają wprost do rzeki. To jedyne w Waranasi miejsce, gdzie stopnie prowadzące do rzeki nie są wyłożone kamiennymi płytami, a stosy kremacyjne ustawia się bezpośrednio na ziemi, kolejna tradycja, która trwa w tym kraju od setek lat. Nad Manikarniką unosi się duszący dym. Pali się kilka stosów. Obraz wrzyna się w pamięć. Początek dnia i koniec życia. Narodziny i śmierć, zamknięte w odwiecznym kręgu. Ortodoksyjni Hindusi wierzą, że kremacja w tym miejscu daje szansę na lepsze wcielenie w kolejnym życiu.

W ciszy opuszczamy łódź. Wąskimi ulicami starego Waranasi przechodzimy w stronę naszego autobusu. Wracamy do hotelu. Dzień rozpoczął się ogromną dawką wrażeń – widoków, zapachów, odczuć. Pozostaną one na długo po tym, jak skończy się podróż po Indiach. Jest w tym miejscu jakaś niesamowita magia, która wraca, kiedy o nim myślę i teraz, kiedy o tym piszę.

Tekst: Monika Feliksiak

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami