ETIOPIA – KIERUNEK CZŁOWIEK

Podróż po Etiopii to jedna z najpiękniejszych, jakie przeżyłam. To „podróż w czasie” pełna poruszających chwil, nieopanowanych łez płynących ze wzruszenia, momentów radości, ale to także czas spokojnej kontemplacji, czas poświęcony drugiemu człowiekowi, CZAS – który nam, na skutek pędu cywilizacyjnego, gdzieś się zagubił. W Etiopii czasu jest pod dostatkiem.

Właśnie wróciłam z podróży po Etiopii, a czuję się, jakby to była podróż w innym wymiarze cywilizacyjnym, kulturowym… Po prostu podróż do innej epoki bez konieczności używania wehikułu czasu…
Przed wyjazdem wiele osób pytało mnie: „Po co ty tam jedziesz, co tam jest w tej Etiopii, bo w Kenii czy Tanzanii wiadomo – wspaniale safari, ale w Etiopii?”
A Etiopia, Moi Drodzy, to dwie zupełnie odmienne krainy w jednym państwie, Północ i Południe, jakby zupełnie przypadkiem połączone w ramach jednego państwa. Oba regiony są diametralnie różne kulturowo i etnicznie, przez co niezwykle ciekawe.
Na północy stoi setki klasztorów i monastyrów, jednych z najstarszych na Ziemi, bowiem Etiopia przyjęła chrześcijaństwo w IV w.n.e. jako drugi kraj na świecie po Armenii.
Na południu kraju, w kulturze plemiennej nomadyjskiej i półkoczowniczej, grupy tubylców żyją jak na początku naszej ery.
Aby poznać historię kraju, ruszamy na północ, do kolebki chrześcijaństwa w Afryce, oglądamy monastyry, stojące kilkaset lat w tym samym miejscu, ale któż miałby to zmienić, skoro Etiopia nie poddała się nigdy obcemu panowaniu poza krótkim 6-letnim okresem ingerencji Włoch, nigdy nie była niczyją kolonią! Otoczona muzułmańskimi krajami, od prawie 2000 lat jest ostoją chrześcijaństwa, a religijność współczesnych mieszkańców jest zdumiewająca.

Wielowiekowe monastyry nad jeziorem Tana zbudowane są na planie koła i bogato zdobione freskami o soczystych do dziś barwach, do których wykonania używano barwników naturalnych.  

Do dzisiaj kobiety i mężczyźni podczas mszy stoją po dwóch przeciwległych stronach kościoła, aby się nie rozpraszać, ponadto mają na głowach chusty, aby nie rozglądać się na boki, tylko w skupieniu przeżywać ceremonię. Codzienna msza święta trwa 3 godziny, od 6 do 9 rano. Kobiety na zdjęciu oczekują na rozpoczęcie mszy.

Rytm codziennego życia wyznacza droga, ludzie suną poboczem przez całą dobę, przemierzają dziesiątki kilometrów, aby dotrzeć np. na trzygodzinną poranną mszę świętą, na pole, na targ, do szkoły… Tysiące bosonogich ludzi sunie brzegiem drogi. Środkiem idą stada kóz i krów. Kierowca płynnie wjeżdża w sam środek stada, manewrując na lewo, prawo i jakimś szóstym zmysłem przewidując, w która stronę pójdzie bydło. Ani na chwilę się nie zatrzymujemy, przepływając obok setek rogatych zebu.

Kobiety idące drogą na targ niosą swoje „skarby” na głowie. Niezmiennie od setek lat okrywają głowę białą chustą. Fascynujący jest fakt, że tutaj, na dalekiej północy kraju, na przestrzeni wieków niewiele się zmieniło. Kobiety chodzą okryte całunem, w długich sukniach niemal do kostek (nigdy w spodniach), mężczyźni okryci szalami i w zawojach na głowach… Patrzę na grupy rozmawiających z sobą podczas stypy mężczyzn i mam wrażenie, że to samo mogli widzieć podróżujący po Etiopii w średniowieczu misjonarze, XVI-wieczni portugalscy podróżnicy czy  XIX-wieczni archeologowie. W jakiś magiczny sposób ten świat obronił się przed pędem cywilizacyjnym, stanął w miejscu; nawet językiem liturgii podczas współczesnych mszy świętych  jest etiosemicki z IV w.n.e., współcześnie już nie używany, poza liturgią.
Jeszcze bardziej zdumiewające jest, że ludzie północy żyją wedle prawideł Starego Testamentu, na niego powołuje się codzienny współczesny kodeks wartości, Biblią argumentują każde swoje poczynania.
Nie będzie w tym przesady, jak stwierdzę, że cała gospodarka rodzinna opiera się na kobiecie. To ona o świcie tłucze ziarna w drewnianym moździerzu, praży na ognisku przed domem świeżą, aromatyczną kawę i podaje mężowi na „dzień dobry”. Nie robi tego w ekspresie w ciągu kilu minut, ale przez nieomal dwie godziny, na porannym chłodzie (często temperatura wynosi około 0 st. C), następnie przygotowuje indżerę (placek z mąki tief), budzi dzieci, wyprawia do szkoły lub do pracy w polu, sprząta, ale ponadto powinna udać się kilka lub kilkanaście kilometrów dalej na targ po świeże płody rolne, przynieść chrust, dostarczyć ciężkie kanistry z wodą, ugotować obiad, wyprać z rzece odzież (zakładając, że jest pora roku, która wyschnięte miesiącami koryto rzeki zapełni choćby strużką wody) i tak do wieczora, zawsze gotowe, uczynne, wytrzymałe… w przerwach rodzące dzieci, biblijnie posłuszne mężowi.

Siedzimy w zacienionym ogrodzie w Lalibeli, młoda kobieta (któżby inny!) rozpoczyna ceremonię parzenia kawy, tak, ceremonię, bo każdy krok zaparzania jest dokładnie wystudiowany, a proces trwa prawie dwie godziny. Jest więc czas, aby z naszym lokalnym przewodnikiem porozmawiać o życiu.
Jest to młody, mówiący dobrze po angielsku chłopak, pracujący non stop z obcokrajowcami, głównie z Europy. No dobrze, wiemy już, czym zajmuje się kobieta (de facto wszystkim), a co robi mężczyzna? – pytam.
– No… mężczyzna jest pasterzem, wypasa stado kóz lub krów i … ogólnie dba o rodzinę… – odpowiada.
– Co to znaczy? Pytam, bo jako żywo widać, że o rodzinę dbają kobiety, w zasadzie o każdy aspekt życia, co więc poza wypasaniem stada jest obowiązkiem mężczyzny?
– No mogą pomóc kobiecie w pracy na roli, choć z reguły one sobie świetnie radzą – dodaje.
Wszystkie opowiadamy temu młodemu Etiopczykowi, jak fajnie jest razem wykonywać codzienne czynności,  jak to u nas jest modne, kiedy mężczyzna gotuje, jak sexy wygląda mężczyzna z niemowlakiem na ręku. Przewodnik patrzy na nas kruczoczarnymi oczyma z niedowierzaniem. – Nawet gdybym chciał coś zrobić w domu (dodaje że nie chciałby), byłaby to klęska towarzyska, wszyscy wyśmialiby mnie. Nie to niemożliwe, w Biblii jest jasno zapisane, co kto ma robić…
– No dobrze – zaczepiam z premedytacją – a jak żony nie ma w domu, bo jest rzecz jasna na targu, w polu, poszła po chrust czy wodę (nie u kosmetyczki, w kawiarni czy na zakupach z koleżankami), a mężczyzna wraca głodny, to co?
– No matka lub siostra podają mu obiad.
– Nie ma matki i siostry – ucinam. – One też poszły po chrust, wodę, nie ma żadnej innej kobiety w domu.
– Zawsze czeka na nas indżera w plecionym garnku, ale sami jej nie weźmiemy, to byłoby niemęskie.
– …?! Czyli co, o głodzie siedzicie? Mimo że obiad jest gotowy? A jak kobieta nie wróci, bo np. zachorowała i zabrano ją do szpitala, nieważne, nie ma jej po prostu? Co z domem i dziećmi?
– To wtedy trzeba zatrudnić służącą – odpowiada z przekonaniem.
W sytuacji gdy kobieta nie może opiekować się domem, a maluchy w domu wymagają opieki, rozwiązaniem jest służąca. Dzieci do osiągnięcia wieku 2-3 lat traktowane są często jako dodatkowe sztuki inwentarza, a nie pełnoprawni członkowie rodziny.
W międzyczasie kawa jest gotowa. Pijemy w milczeniu, my samotnie podróżujące kobiety, w diabelskich spodniach.

ZAGADKI PÓŁNOCY
Północna Etiopia, mimo zawiłości damsko-męskich, urzekła nas niejednokrotnie. Jaka cywilizacja wykuła w jednej skale te gigantyczne ponad 30-metrowe budowle, zaklęte w jednej bryle skalnej? Petra ze swoimi jaskiniowymi świątyniami zadziwia, a cóż dopiero, kiedy w jednym gigantycznym bloku skalnym wyrzeźbiony jest trzynawowy kościół, z bogatą ornamentyką i dwoma poziomami? Czy społeczeństwo etiopskie w XII wieku znało tak dobrze tajniki budowy? Dlaczego więc, znając taką technikę od kilkuset lat,  nadal mieszkają w prostych chatach kurnych? Kto i w jaki sposób zbudował gigantyczne monolityczne obeliski Axum, z których największy miał 24 m wysokości i ważył 160 ton? Kto przetransportował ten ogromny blok skalny z odległego o kilka kilometrów kamieniołomu? Kto go postawił w pionie i pokrył misterną ornamentyką? Kto wreszcie kilkaset lat temu posiadł wiedzę na temat zamiany kamienia w ciecz i jakimi metodami tego dokonał?
Etiopia ma wiele zagadek, wcale nie mniej fascynujących jak Egipt czy Peru, ale mało kto wie o tych skarbach. Turystyka dopiero się rozwija, podczas naszej podróży minęło nas kilku Japończyków, potem grupka Niemców, ale łącznie podczas tygodnia niewiele ponad dwadzieścia osób.
Wymarzone warunki do spokojnej kontemplacji zabytków.

Aksum – tu ponoć spoczywa Arka Przymierza. Strażnik, który ma czuwać przy Arce, wybierany jest dożywotnio, bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym aż do śmierci. Nic dziwnego, że kilku nominowanych uciekło, tłumacząc się, iż są niegodni piastowania tej zaszczytnej funkcji.

A propos zabytków – w kościołach Lalibeli tamtejsi strażnicy dumnie prezentują krzyże charakterystyczne dla danego patrona. I tak oglądamy Krzyż Króla Lalibeli z… XII wieku, manuskrypty z XVI wieku, średniowieczne księgi liturgiczne, jakie chętnie pokazują nam księża opiekujący się kościołami. Za każdym razem mam dreszcze. Te przedmioty, które u nas byłyby za kilkoma szybami pancernymi, są na wyciągniecie ręki, dostępne dla każdego… wertowane kilka razy dziennie. Jako córka muzealników czuję bunt i zdecydowanie jestem za tym, aby te wyjątkowe przedmioty znalazły się  muzeum za grubą szybą, ale z drugiej strony, dzięki tej bliskości z artefaktami, wszystko jest takie namacalne, pewne… Chwilo trwaj, myślę, dotykając delikatnie karty średniowiecznej księgi… Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów przeniesiona do średniowiecza, bo czas tutaj stanął w miejscu kilkaset lat temu. Jakie to szczęście, że zdążyłam tego doświadczyć.

KROPLA DRĄŻY SKAŁĘ
Połowa pobytu mija nam w stolicy, tutaj musimy wrócić, aby udać się na południe, gdyż każda droga przechodzi przez Addis Abebę. Dzisiaj chcemy wstąpić do Ośrodka Pomocy Społecznej, aby kupić obiady dla bezdomnych i osieroconych dzieci, których w kraju jest ponoć aż 4 miliony! Boję się tej konfrontacji, zresztą nie tylko ja… Nasza roześmiana  i pogodna na codzień grupka jest teraz milcząca, w absolutnej ciszy dojeżdżamy do punktu, gdzie kupuje się obiady. W maleńkim pomieszczeniu siedzą dwie miłe panie. Każdy z nas kupuje talony za 100 birrów, czyli po 100 obiadów, łącznie kupujemy około 1000 posiłków.
Długo jeździmy po mieście, aby rozdać kupony osobom naprawdę tego potrzebującym, wręczając je miałam ściśnięte gardło, nawet pisać jest o tym trudno.
Mam świadomość, że nasza pomoc to kropla w morzu, ale im więcej takich kropel „skapnie”, tym więcej uśmiechów zagości na twarzach porzuconych lub osieroconych dzieci, starających się codziennie wygrać walkę z losem o życie.

KIERUNEK – CZŁOWIEK
Jedziemy teraz na południe Etiopii, aby poznać życie kilku, spośród kilkudziesięciu grup etnicznych. Łącznie jest ich około 70 a każde plemię mówi swoim językiem i ma odrębną tożsamość.
Dzięki temu, ze śpimy w namiotach, możemy spędzać czas z tubylcami, słuchamy jak dziewczyna z plemienia Hamer śpiewa kołysankę. Milkniemy, wsłuchani w tę melodię. Zapraszamy dziewczynę imieniem Gadu i całą jej rodzinę do ogniska, śpiewamy na zmianę polskie i etiopskie piosenki. Tańczymy. W cieniu pojawia się chłopak wsparty na drewnianym kijku. Nasz przewodnik tłumaczy, że przyszedł, bo jest chory, a słyszał ze pomagamy, to może i jemu pomożemy? Natychmiast wszyscy przynosimy apteczki – całość naszych zapasów wygląda imponująco – i rozpoczynamy przemywanie ran, wcieranie leku, bandażowanie, łącznie z wydaniem antybiotyku na kilka następnych dni. Młody Hamer ufnie wypełnia polecenia, pozwala zrobić z chorą nogą wszystko, nie mówi po angielsku. Nie musi nic mówić, jego radosne oczy są najlepszym podziękowaniem.
Rano przesympatyczna Gadu przychodzi się pożegnać, płacze, koleżanki zostawiają ubrania, jedzenie… Trudno jest nam się żegnać, też mamy łzy w oczach, wiedząc, że ona tu zostanie dzieląc los milionów etiopskich kobiet. Przychodzi także nasz pacjent. Uśmiecha się, pokazuje listek z antybiotykiem na znak, że pamięta. Ruszamy w dalszą podróż…

UKULIGULA – CHŁOSTANIE WITKAMI
Podczas pobytu w Dimeka okazuje się, że po południu będzie miała miejsce ceremonia „bull jumping”, czyli inicjacji młodego chłopca z plemienia Hamer na mężczyznę, zwana po hamersku „ukuligula”. Pospiesznie kończymy obiad i wskakujemy do jeepa. Gdzie odbędzie się ta ceremonia? – pytam o miejsce chcąc poczynić notatki.
– Tutaj niedaleko – Million, nasz kierowca tłumaczy słowa lokalnego przewodnika. Z szutrowej drogi wjeżdżamy na wąski pas ubitej ziemi, poprzecinanej głębokimi na kilkadziesiąt centymentów szczelinami. Nie chcę myśleć, co byłoby, gdyby opona ugrzęzła w takiej koleinie. Dookoła busz i nie widać żywego ducha. Po ponad półgodzinie jazdy, nie widząc na horyzoncie żadnej osady, pytam nieśmiało – Daleko jeszcze? Zapytany tubylec, jadący z nami jeepem, aby wskazać drogę, uśmiecha się, że już niedaleko. No tak – pomyślałam – przecież oni nie mają naszego poczucia czasu ani odległości. Nie usiłując dociekać dalej, oddałam się kontemplacji fantastycznej przyrody.
Dojeżdżamy na miejsce, w zasadzie nigdzie, pośrodku buszu, kilkaset metrów od małej osady. Każda z grup inaczej przygotowuje się do ceremonii inicjacji, kobiety i mężczyźni siedzą w osobnych kręgach. Mężczyźni (prawie wszyscy z bronią palną) zdobić będą ciało i twarz fantazyjnymi wzorami, kobiety kilkadziesiąt metrów dalej, skupione w kręgu tańczyły, wzmagając śpiew trąbkami, gwizdkami, janczarami oplatającymi kolana, były jak w transie.
W jeszcze innym miejscu, nad rzeką, a raczej w wyschniętym o tej porze roku korycie rzeki, odbywała się inna, mrożąca krew w żyłach scena, będąca elementem ceremonii – rytualne chłostanie kobiet. Wedle tradycji, kobiety wręczają długie witki  bratu lub innemu członkowi rodziny, a ten ma za zadanie wychłostać je po plecach, pokazując w ten sposób męstwo rodu. Chłostana do krwi kobieta, oczekując na swą „zaszczytną” kolej, głośno śpiewała i gwizdała lub trąbiła – chwaląc męstwo rodu. I wszystko możnaby uznać za spektakl teatralny, gdyby nie spływająca po plecach krew… Byliśmy świadkami wyjątkowego wydarzenia, które niestety było prawdziwe.
Zbliża się moment najważniejszy – skok przez grzbiety byków. I znowu kobiety mają najtrudniejszą rolę, muszą spędzić byki w ciasną grupę, narażając się na niebezpieczeństwo stratowania. Zbite w zwartą grupę bydło będzie teraz ustawiane przez młodych mężczyzn. Aby zapewnić sobie posłuszeństwo, jeden Hamer łapie byka za ogon a drugi za język, zwierzę staje nieruchomo, gdyż każdy ruch powoduje ból.
Całe szczęście, że młody chłopak skoczył dzielnie nawet kilka razy. Inaczej okryłby wstydem swój ród i poniósłby karę, a jego siostry i matka wzięłyby na siebie tę hańbę, pozwalając się biczować. W ten sposób przekonałyby społeczność, że mimo nieudanej próby wejścia w dorosłość, ród zasługuje na szacunek. Ciekawe, czemu ojciec nie przejmuje tego obowiązku reprezentacji rodziny? Czyżby nie miał nic do gadania?
Zrobiło się całkiem ciemno, więc starając się oświetlać drogę komórkami, docieramy do samochodu. Wsiadam i nie chcę nawet myśleć, że mamy do przejechania ponad godzinę drogą, której nie ma, spowici czernią nocy.

Etiopia miała dla nas znacznie więcej niespodzianek, ale o tym może napiszę innym razem…

Tekst i zdjęcia: Majka Szura

Nie wiesz, która wyprawa jest dla Ciebie?

Pomożemy Ci ją znaleźć!

Skontaktuj się z nami